Sport.pl

Siódmiak: Mówią Jureckiemu chłopię zerwałeś ścięgno bicepsa. A on, że właśnie tak coś go bolało...

Kiedy mówię Siódmiakowi, że piłka ręczna to brutalny sport, od razu mi przerywa. - Nie brutalny, ale kontaktowy. Gra jest szybka, dookoła silni ludzie, zdarzają się kontuzje. Skręcone kostki, zerwane mięśnie, bóle kręgosłupa - zamyśla się i nagle rzuca: - A wiesz, że można grać ze złamaną stopą?
Na Artura Siódmiaka rzuca się 15 ponadstukilowych facetów, w sumie to ok. 1500 kg. Lekarz kadry całuje w tym momencie parkiet, ale po chwili też biegnie do Siódmiaka, żeby go ratować.

- Jak wstałem, ledwo żyłem - wspomina Artur Siódmiak, który w takich okolicznościach został bohaterem. - Śmiałem się potem, że po tej bramce powinienem dostać jakieś tantiemy od Polmosu, procent od sprzedaży, bo pewnie mocno skoczyła, ludzie popili z radości.

To była walka o półfinał mistrzostw świata w Chorwacji. 15 sekund do końca, trener Norwegów prosi o czas. Na polskiej ławce aż kipi: "Mamy 15 sekund, oni zdejmą bramkarza, wprowadzą siódmego gracza! Trzeba przerwać im i będzie pusta bramka! Tylko spokojnie, mamy bardzo dużo czasu" - wrzeszczy do swoich zawodników trener Bogdan Wenta. Jeszcze nie wie, że za chwilę to 15 sekund będzie nową jednostką czasu w Polsce - właśnie jedną Wentą.

- Sygnał Bogdana był czytelny - nie mają bramkarza. "Ale my nie mamy piłki" - myślimy. Gramy. Kristian Kjelling chciał podać do obrotowego, ale ja go zablokowałem. Posłał jakiegoś farfocla, z nadgarstka, tak, że piłka spadła tuż obok mnie. No i co? Wziąłem ją i rzuciłem. Na kontrę biegli wtedy Mariusz Jurasik i Damian Wleklak, ale nawet ich nie widziałem. Po prostu chciałem walnąć tą piłką do bramki. Rzuciłem, wpadła, ale jeszcze się nie cieszyłem. Bo nie wiedziałem, czy się zmieściłem w czasie. Unoszę głowę, patrzę na zegar - 55, 56... Ufff, udało się!

Jeszcze w szatni Siódmiak czytał SMS-y: "Kiedyś cię lubiłem, teraz cię kocham" - to od kolegi. Inne: "Król Artur!", "Siódmiak na prezydenta, Wenta na premiera". - A Łukasz Kadziewicz [siatkarz reprezentacji Polski] napisał, że jeszcze nigdy nie bił tylu pokłonów przed telewizorem - śmieje się Siódmiak.

Potem się dowiedział, że w tym samym czasie na TVP1 leciał film "Koniec świata". Skomentował to tak: - Koniec świata to by był, gdybym tego nie trafił. Przecież Bogdan by mi jaja urwał. Koniec świata dopiero nastąpił, następnego dnia. Cała drużyna pojawiła się na treningu, wszyscy w świetnych humorach, a koledzy od razu: "Siudym, dawaj, powtórz to...". - Pierwszego rzutu nie trafiłem. W hali od razu śmiechy i huczenie. Ale potem ich uciszyłem - trafiłem dwie kolejne próby.

Klej we włosach Greka

Kiedy mówię Siódmiakowi, że piłka ręczna to brutalny sport, od razu mi przerywa. - Nie brutalny, ale kontaktowy. Gra jest szybka, dookoła silni ludzie, zdarzają się kontuzje. Skręcone kostki, zerwane mięśnie, bóle kręgosłupa - to normalne, tego nie unikniesz. Ale nie możesz o tym myśleć, nie możesz się bać. Dzięki temu dograłem do 37 lat, choć pod koniec byłem już trochę zajechany - zamyśla się Siódmiak i nagle rzuca: - A wiesz, że można grać ze złamaną stopą?

- Ze złamaną?!

- No tak. Można, mówię ci. Albo jak masz zapalenie kości - też można. Po zastrzykach, ale można. Tylko w takich okresach musisz się przyzwyczaić, że każdy dzień zaczynasz od powitania z voltarenem.

W czasie rozmowy Siódmiak często wspomina lekarza kadry Macieja Nowaka. - Bo to on mnie zawsze sklejał, to dzięki niemu mogłem grać ze złamanym palcem u ręki, u nogi i takie tam. On mi oczywiście zawsze odradzał, mówił, że jestem chyba jedynym facetem, który z takim czymś gra, ale ja mówiłem mu, żeby tyle nie gadał, tylko stawiał mnie szybko na nogi. A potem Maciek chwytał się tylko za głowę, że ja w ogóle biegam.

Kiedy Polacy szykowali się do turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk w Pekinie, dzień przed imprezą we Wrocławiu, Siódmiak złamał palec u nogi. - Pojechaliśmy na prześwietlenie. No co - pęknięty. To co robimy? Obstrzykujemy. Dzień później, przed meczem, lekarz tyle zastrzyków mi zrobił, że przez pierwsze 15 minut nie czułem w ogóle, że stawiam stopę na boisko. Potem mi trochę zeszło, to poprawiliśmy w przerwie. I tak zagrałem w sumie trzy mecze.

A co było, kiedy znieczulenie schodziło - straszny ból?

- Ból? No był, był, ale wiesz, jak jest... Gramy jakiś mecz na mistrzostwach świata w Szwecji, a Michał Jurecki mi mówi, że go coś biceps boli. W trakcie gry. Po meczu prysznic, powrót do hotelu, my na kolację, a Michał do lekarza. I on mu mówi: "Chłopie, przecież ty zerwałeś jedno ścięgno bicepsa, zupełnie!". A Michał na to: "No właśnie coś mnie bolało, ale musiałem dograć do końca".

Siódmiak też potrafił zagrać ostro.

- Byłem twardzielem, ale nie brutalem. Zawsze grałem mimo kontuzji, parłem do przodu, potrafiłem zagrać ostro. Ale nie brutalnie. Choć są też i tacy, np. szef obrony niemieckiej Olivier Rogisch, który próbuje wybić zęby czy złamać nos. My też mieliśmy swoje nieczyste sztuczki, łokcie latały, ale takie mniej bolesne. Przykład? Z Michałem Jureckim zostawialiśmy trochę miejsca rywalowi, żeby go zachęcić do wejścia. On wbiegał, a my wtedy na sygnał dosuwamy i robimy z niego sandwicha. Na boisku trzeba było pokazać, kto rządzi. Jeżeli ktoś był słaby, wymiękał psychicznie, to miałeś spokój, nie podchodził za blisko. Ale są też tacy, co nie wymiękają. Np. u nas - choćby Tkaczyk czy Jurecki. Dostali swoje, otrzepali się i grali dalej.

Gdańszczanin wspomina też mecz Bundesligi. - Był taki Grek, lewy rozgrywający. Dobry zawodnik, ale miał fioła na punkcie swojej fryzury, miał takie długie włosy. Żeby mieć z nim spokój i wyprowadzić go z równowagi, nakładałem przed meczem na rękę za dużo kleju, którego używamy do gry. I już w pierwszej akcji wsuwałem mu we włosy całą rękę napakowaną tym klejem. A uwierz mi - to nie żel, ciężko to zmyć. Tym samym gościa miałem z głowy, praktycznie zero zagrożenia, bo myślał tylko o tych swoich włosach i że mu je posklejałem.

Siódmiak dodaje: - Gra jest twarda, ale nie chodzi o to, żeby zrobić komuś krzywdę. OK - kogoś się mocniej potraktowało, na boisku nie ma przyjaciół, sam miałem 11 szwów na wargach albo coś nie tak z płucami, bo oberwałem od kogoś w klatkę. Ale po meczu to wszystko znika - idziesz na wspólnie piwo, pogadasz. Nieważne, że przed chwilą się okładałeś.

Kuternoga, Pitbull i topienie smutków

Piłkarze ręczni - w przeciwieństwie do większości innych sportowców - nigdy nie ukrywali, że lubią pomeczowe analizy przy piwie. - I wódeczka też czasami była. Jak ktoś cię zapyta, czy sportowcy piją, czy nie? Wiadomo, że piją. Sportowiec żyje w dużym stresie, związanym np. z ważną imprezą, i wiadomo, że musi się trochę wyluzować. To normalne. Sztuką jest wiedzieć, kiedy jest czas na robotę, a kiedy na piwo. Kiedy można się pobawić, a kiedy trzeba ciężko pracować i jest rygor - mówi Siódmiak i wspomina: - U nas zawsze była dyscyplina. Nawet jak siedzieliśmy dwa czy trzy tygodnie zaszyci na zgrupowaniu i Bogdan mówił w pewnym momencie, żebyśmy gdzieś wyszli, żeby się zresetować. Dostawialiśmy czas do 3, potem zawsze dzwoniliśmy negocjować powrót o 4. Ale każdy wiedział, że następnego dnia o 10 jest trening i zapierdzielasz na 100 proc.

Każde wyjście to liczne żarty i obowiązkowo rzucanie cytatami - "Kiler", "Chłopaki nie płaczą", "Poranek kojota", "Miś", "Psy", "Seksmisja"... Siódmiak zaczyna serię:

"Dajcie tu jakąś muzyczkę"

"Dzień dobry, zastałem Jolkę"

"Przyszłem wcześniej, gdyż nie miałem co robić"

"Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?".

- Żartów nigdy nie brakowało. Dobrym "tancerzem" był Bartek Jurecki, wodzirej, to on zaczynał każdą imprezę, razem z Mariuszem Jurasikiem. Bartek miał ksywkę "Shrek", ale czasami mówiliśmy na niego z przekąsem "Kuternoga" - bo choć miał kłopoty ze stopą, to najlepiej tańczył i grał w piłkę nożną. A Tomek Tłuczyński był "Pitbullem". Był taki mecz, że w ważnym momencie miał doskoczyć do rywala, ale trochę się wystraszył i odsunął się. Potem, wbrew temu, co zrobił, został "Pitbullem". Ja byłem zawsze "Siudym" - od nazwiska.

Jednym z najtrudniejszych momentów kadry Wenty była porażka z Islandią w ćwierćfinale igrzysk w Pekinie. - Ta porażka to jedna z największych traum w karierze każdego z nas. Pamiętam, że graliśmy tego samego dnia, co nasi siatkarze. I oni, i my o półfinał - najpierw oni z Włochami, potem my z Islandią. Kiedy siatkarze wrócili do wioski olimpijskiej ze zwieszonymi głowami, zmarnowani, wszystko było jasne - porażka. I mówią do nas: "Ratujcie honor". Ale my też przegraliśmy i teraz to my wracaliśmy do wioski ze spuszczonymi głowami. To co - trzeba było zapić smutki.

Sztuka latania

Do Gdańska trafił w 1996 r. Wcześniej był na drugim roku studiów w Poznaniu, ale codziennie dojeżdżał 60 km do Wągrowca, bo tam grał w klubie Nielba. - To był ciężki okres w moim życiu, ale można się było zahartować. Zajęcia kończyłem o 15, potem torba na ramię, PKS albo pociąg - zima, nie zima - i na trening. O 23 wracałem do Poznania, do akademika. I tak przez dwa lata. Choć po pół roku rzuciłem PKS, bo dorobiłem się malucha. W Nielbie podpisałem pierwszy kontrakt i to za niezłe pieniądze - w okolicach zarobków rodziców. A miałem wtedy 18 lat. Własna kasa i wyjazd do akademika sprawiły, że szybko się usamodzielniłem.

W Wągrowcu, skąd pochodził, nie miał dużego wyboru. - Oczywiście, w wolnych chwilach kopałem skórę z kolegami, ale w mieście liczyła się tylko piłka ręczna, więc w wieku 10 lat zacząłem treningi. Byłem zwinny, żwawy, mogłem się pobawić i wyżyć. Super. A do tego byłem masywny i pół głowy wyższy od kolegów z klasy - mówi Siódmiak, który przypomina sobie pierwsze treningi. - Zaczynałem na asfalcie. Nie tak jak teraz. Zwykłe chinki na nogach, asfalt, po każdym treningu pozdzierane kolana. Nie mieliśmy nawet kleju do trzymania piłki, to smarowaliśmy ręce żywicą. Piłka nawet przez chwilę się kleiła, ale kiedy odbijało się ją od asfaltu nabierała piasku, robiła się czarna, ręce też. Choć na trzy rzuty zazwyczaj wystarczyło.

Propozycja z silnego wtedy Wybrzeża Gdańsk była dla niego przełomowa. Podpisał trzyletni kontrakt, potem został nawet do 2002 r. - Gdańsk od początku mi się spodobał. Zamieszkałem z Marcinem Lijewskim, klub wynajął nam mieszkanie na Zaspie. Marcin przyjechał wtedy świeżo po liceum, jest dwa lata młodszy od mnie, pamiętam, że uczyłem go wszystkiego - prania, robienia zupy, kotletów... Przyjechał kompletnie zielony. Ale szybko zostaliśmy "mistrzami tygodnia".

Co to takiego?

- No bo zawsze już po tygodniu nie mieliśmy pieniędzy. Całe wynagrodzenie szło w tydzień - gdzieś ok. tysiąca złotych. Najwięcej zostawialiśmy we Friday'sie, naprzeciwko dworca. Tylko dostaliśmy pensje, myk i do Friday'sa. Poza tym trochę imprezowaliśmy. A później było słabo - jechaliśmy na zupkach chińskich, na które pożyczaliśmy zresztą od starszych kolegów. Idziemy kiedyś z "Lijkiem" w ETC, prowadzimy koszyki, w nich sama "chińszczyzna". Między regałami spotkaliśmy prezesa, który zajrzał do koszyków i się załamał. Pamiętam, że dał nam wtedy po stówie i mówi: "Macie, chociaż jakąś kiełbasę sobie do tego kupcie...". Albo paliwo. Na trening jeździliśmy we czterech, moim autem. I jak się stypendium spóźniało, to jeździliśmy na oparach. Dosłownie. Ale i tak to były fajne czasy. Zawsze chodziliśmy razem, wszędzie. A na czele mistrzowie tygodnia - ja i "Lijek".

Przyjaźń z Lijewskim pozostała na lata. Kiedy grali w kadrze, zawsze byli razem w pokoju, mieli swoje rytuały. Jeden z nich - "Sztuka latania" Lady Pank, która leciała przed każdym meczem, tuż przed wyjściem z hotelu. - Nawet nie wiem, dlaczego akurat to - zastanawia się Siódmiak. - Ja poprawiałem zawsze potem Metallicą, robiłem sobie doładowanie - "Enter Sandman", "And justice for all", "Kill em all", "So what", "Master of puppets"...

Ale Siódmiak miał też inne sposoby na koncentrację. - Wyjeżdżamy z hotelu na mecz, do hali mamy 10 minut drogi. Każdy naładowany, a ja potrafiłem zasnąć. Chrrr, Chrrr... Dojeżdżamy do hali: "Jedziemy, zróbmy to!" - słychać krzyki w autobusie. "Zaraz, czekajcie, Siudym zasnął". Ale chwilę potem kolejna dawka Metalliki, ze cztery kawałki, i byłem gotowy. Ale w hotelu była zawsze "Sztuka latania". Lady Pank puszczaliśmy też zresztą Jurasikowi - "Zamki na piasku". A tam: "Jesteś idolem, wielbi cię tłum...". Ale to było takie z przekąsem, bo zawsze żartował, że jest najlepszy. Kiedyś poznałem zresztą Panasewicza, fajny facet.

Najpierw Saint Tropez, potem deska

Po wyjeździe z Gdańska, w 2002 r., Siódmiak zatrzymał się na chwilę w Warszawie, ale trafił z deszczu pod rynnę, bo tam też - tak, jak w Wybrzeżu - nie płacili. Szczęścia poszukał w Europie.

Luksemburg: - Liga nie była mocna, ale cieszyłem się, że coś znalazłem, bo w trakcie sezonu nie było o to łatwo. Poza tym w Polsce od pół roku nie dostawałem pieniędzy, a w Luksemburgu dość dobrze mi płacili, i regularnie. No i byłem gwiazdą (śmiech). No, może jednym z lepszych w lidze, ale to nie było akurat trudne. A treningi? Cztery razy w tygodniu, luz. Kiedy wróciłem tu po kilku latach, ci sami ludzie siedzieli w tych samych knajpach. Jakby ktoś zrobił stopklatkę.

Francja: - Mieszkałem i grałem w Saint Raphael. Sportowo był to nieudany wyjazd. Na samym początku złapałem groźną kontuzję, zerwałem mięsień, potem miałem kłopoty z kręgosłupem. Paprało się strasznie, nie grałem pół roku. Potem spadliśmy z ligi. Ale poza tym było pięknie. Mieszkałem na Lazurowym Wybrzeżu, obok Saint-Tropez, zwiedziłem Francję, ponurkowałem, poznałem trochę języka. To były roczne wakacje, mógłbym tam żyć.

Szwajcaria: - Najpierw Winterthur, potem Schaffhausen, tuż przy granicy niemieckiej. Fajny kraj, to tam nauczyłem się jeździć na snowboardzie. Kiedyś pojechałem z kolegą na stok. Niedziela, Szwajcaria, słoneczko, piękny stok. Mówię do niego: "To ty sobie śmigaj, a ja siądę i piwko wypiję". Kiedy już się wyjeździł, wraca i mówi: "Siudym, no załóż to". W końcu mnie przekonał. Normalnie zjeżdżało się trzy, cztery minuty, na zielonym szlaku. Ja jechałem 45. Upadałem, wstawałem, jechałem dalej. Cały mokry, w końcówce wyglądałem jak bałwan. Ale bakcyla złapałem.

Niemcy: - Lubeka. Tam skończyłem karierę. Sportowo był to najlepszy wyjazd, poczułem klimat najlepszej ligi świata, byłem jej częścią. Pamiętam, że w naszym klubie każdy był za coś odpowiedzialny. Ja - za piwo. Zawsze musiało być po treningu, bo jak brakowało, to była moja wina. Później swoją funkcję miałem też w reprezentacji - pchałem się do wywiadów, miałem dobry kontakt z mediami, koledzy śmiali się, że miałem parcie na szkło. Ale ja to po prostu lubiłem, chciałem to poznać i poczuć. Zostało mi do dziś, dlatego zostałem ekspertem Polsatu Sport.

Latające bidony

W 2012 r. na dobre wrócił do Gdańska. Obecnie prowadzi Akademię Piłki Ręcznej oraz Fundację Artura Siódmiaka, zajmuje się promocją sportu wśród dzieci. Organizuje w całej Polsce campy, na których można pograć nie tylko w piłkę ręczną, ale też spróbować swoich sił w innych dyscyplinach. - Jesteśmy multisportową Akademią. Wiadomo, jaką ważną rolę w wychowaniu dzieci pełnią autorytety, wielcy sportowcy. Dlatego często opowiadam im o swojej niełatwej drodze, karierze, zawsze podkreślając, że warto uprawiać sport, mieć marzenia i dążyć do ich realizacji - mówi Siódmiak i dodaje: - Zainwestowałem w siebie. Zainteresowałem się psychologią, coachingiem, zarządzaniem, małym biznesem. Bo człowiek musi się uczyć całe życie. Przez 20 lat grałem w piłkę ręczną i myślałem, że życie sportowca jest ciężkie. I jest, ale jest też wygodnie - masz ten kontrakt, niezłe pieniądze. Po powrocie do kraju przekonałem się, co to znaczy praca od rana do wieczora.

Na oficjalne zakończenie kariery Siódmiak zaprosił swoich przyjaciół, którzy w niedzielę w Ergo Arenie rozegrali pokazowe spotkanie PGNiG Super Mecz Polska kontra Reszta Świata. - Kiedy w 2004 r. zaczynaliśmy przygodę z kadrą, pod wodzą Bogdana Wenty i Daniela Waszkiewicza, wiele rzeczy było abstrakcyjnych. Organizacja zgrupowań pozostawiała wiele do życzenia, a marketing... Po prostu śmiech. Ale to już przeszłość. Nam udało się to zmienić. Bogdan zrobił z nas drużynę, wprowadził układ partnerski. Mieliśmy gwiazdy. Ja nią nie byłem, zasłynąłem tą bramką z Norwegią, ale poza tym byłem wyrobnikiem, który miał robotę do wykonania. Gwiazdami to byli Bielecki, Szmal, Lijewski, Tkaczyk... Nie ja. Zawsze tworzyliśmy fajną grupę - na boisku i poza nim. Czuliśmy, że facet, który stoi obok ciebie, zawsze ci pomoże, że skoczy za tobą w ogień. Konflikty, oczywiście, też były, nieraz latały piłki, bidony i niecenzuralne słowa w szatni. Ale szybko to sobie wyjaśnialiśmy i szliśmy na piwo. I za to wszystko chciałem im podziękować. Bo to były najpiękniejsze chwile w mojej karierze, a to, gdzie teraz jestem, to także ich zasługa.

Więcej o:
Skomentuj:
Siódmiak: Mówią Jureckiemu chłopię zerwałeś ścięgno bicepsa. A on, że właśnie tak coś go bolało...
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX