Sport.pl

Effector chce niespodzianki z mistrzem. Takiej jak w styczniu

- Trzeba przyznać, że nasze zwycięstwo z Resovią byłoby dużym zaskoczeniem. Ale przecież w ostatnim meczu, jaki między sobą rozegraliśmy, też nikt na nas nie stawiał - przypomina przed sobotnim starciem z aktualnym mistrzem Polski (godz.18) Dariusz Daszkiewicz, szkoleniowiec kieleckiej ekipy.
Mowa o blisko dwuipółgodzinnym dreszczowcu, jaki Effector i Asseco Resovia zafundowały kibicom w Hali Legionów 19 stycznia. Skazywani wtedy na pożarcie gospodarze zwyciężyli 3:2 (w tie-breaku 16:14), a zespołowi Andrzeja Kowala nawet ta porażka i kiepska runda zasadnicza (zakończona na czwartym miejscu) ostatecznie nie przeszkodziła w sięgnięciu po tytuł mistrzowski.

Tamto spotkanie pamięta jednak tylko dwóch obecnych graczy kieleckiej drużyny (Adrian Staszewski i Piotr Orczyk) oraz... Nikołaj Penczew, wówczas jej lider, obecnie czołowa postać Resovii. - Zagrał wtedy rewelacyjnie, miał ponad 70% skuteczności w ataku i na przyjęciu [z dorobkiem 31 punktów został wybrany MVP - przyp. red.], ten mecz miał duży wpływ na to, że po sezonie trafił do Rzeszowa - twierdzi Daszkiewicz.

Reprezentant Bułgarii, nominalny przyjmujący, w ostatnich kilku meczach swojego zespołu awaryjnie występował na pozycji libero, zastępując (na zmianę z zaledwie 16-letnim Mateuszem Masłowskim) zmagającego się z urazem kolana Krzysztofa Ignaczaka. Popularny "Igła" w tym tygodniu wznowił jednak treningi i w Kielcach powinien rozpocząć grę w wyjściowej szóstce. - Do tej pory na przyjęciu mieli tylko Ahrema i Veresa, dojście Penczewa zwiększa pole manewru trenerowi Kowalowi - zauważa szkoleniowiec Effectora.

I podkreśla, że do nawiązania walki z naszpikowanym gwiazdami przeciwnikiem nie wystarczy grać tylko dobrze. - Musimy zaprezentować 110% swoich możliwości, tylko wtedy będziemy w stanie sprawić niespodziankę. Zdecydowanym faworytem jest Resovia, ale na nas nie ma takiej presji, jak chociażby w meczu w Radomiu [wygranym 3:0 - red.], który był bardzo ważny dla układu dolnej części tabeli. Trzeba będzie podjąć ryzyko i w zagrywce i w ataku, ale to ryzyko musi być wyważone, nie tak jak w meczu z Olsztynem, gdy popełniliśmy zdecydowanie za dużo błędów - przypomina trener kielczan.

Kto ma dowodzić atakiem jego zespołu w sobotnim pojedynku? Odpowiedź nie jest już tak prosta, jak choćby dwa tygodnie temu, bo Argentyńczyk Bruno Romanutti, który większość spotkania z Czarnymi spędził w podstawowej szóstce, spisał się całkiem przyzwoicie. - Sławek Jungiewicz kilka dni przed tamtym meczem nie trenował, stąd ta zmiana. W sobotę na pewno skorzystam z obu, ale w jakim układzie, tego jeszcze nie wiem. Bruno na pewno zagrał lepiej niż w pierwszych spotkaniach sezonu, ale do ideału jeszcze mu daleko - przyznaje Daszkiewicz.

O siłę ognia nie martwią się za to w Rzeszowie. - Największe zagrożenie to Schoeps i Konarski, jeśli ograniczymy ich poczynania i wyłączymy z przyjęcia Veresa, będziemy w stanie powalczyć. Trzeba przyznać, że dysponują mocnym, wyrównanym składem, zarówno wyjściowym, jak i zmiennikami - mówi Łukasz Polański, środkowy Effectora, wybrany najlepszym graczem zwycięskiego spotkania w Radomiu.

Ale Resovia, mimo drugiej pozycji w tabeli Plus Ligi i przodownictwa w swojej grupie Ligi Mistrzów, daleka jest od wielkiej formy. Na naszych parkietach poniosła już dwie porażki (z Jastrzębskim Węglem i Skrą Bełchatów), a największym zaskoczeniem in minus była ich pucharowa wpadka ze słabeuszem z czarnogórskiej Budvy (u siebie 2:3).

- W takich meczach, gdy jest wyraźny faworyt, często decyduje dyspozycja dnia. Udowodnili to chociażby Czarni, wygrywając ze Skrą. Przy wsparciu naszych kibiców, którzy podobno mają pojawić się na hali w komplecie, spróbujemy sprawić niespodziankę - zapowiada Polański.

Effector do sobotniego spotkania przystąpi bez Piotra Orczyka. Po zabiegu artroskopii łękotki, diagnoza dla 20-letniego przyjmującego nie jest optymistyczna - do treningów będzie mógł wrócić najwcześniej za miesiąc.

Więcej o: