Sport.pl

Korona zapłaciła wysoką cenę za nieskuteczność. Znowu tylko remis...

Tego meczu kielczanie nie mieli prawa nie wygrać. Mnóstwo niewykorzystanych okazji kosztowało ich utratę dwóch punktów. To już siódmy remis Korony w dziewięciu ostatnich spotkaniach.
Na tym etapie sezonu, zwłaszcza w grupie drużyn walczących o ligowy byt, nie ma już meczów nieważnych. Ten sobotni także miał ogromną stawkę. Wygrana pozwoliłaby gospodarzom odskoczyć w tabeli od swojego rywala na dystans ośmiu punktów. Łęcznianom dałaby szansę na szybsze opuszczenie strefy spadkowej. Ale w pierwszej połowie tylko jeden zespół zagrał "o życie". To Korona zdecydowanie dominowała, to jej dużo bardziej zależało na zagrażaniu bramce przeciwnika. Podobać mogli się wszyscy skrzydłowi, jak zwykle z pomysłem grał Vlastimir Jovanović. Gol dla żółto-czerwonych nie był jednak efektem pięknej akcji, a szczęśliwego splotu wydarzeń. Piłka po dośrodkowaniu z rzutu wolnego minęła wszystkich zawodników zgromadzonych w "16-tce", skozłowała przed zdezorientowanym Sergiuszem Prusakiem, uderzyła w słupek i wyszła w pole wprost pod nogi, jak zwykle czujnego, Airama Cabrery.

Prowadzenie ekipy Marcina Brosza mogło być jednak bardziej okazałe. Najlepsze okazje zmarnowali Bartłomiej Pawłowski ("sam na sam" z Prusakiem, z ostrego kąta wprost w bramkarza Górnika) i Bartosz Rymaniak (po indywidualnej akcji strzał w boczną siatkę). A Górnik? Przez większość czasu gry prezentował się słabiutko, ale - paradoksalnie - to on stworzył sobie najlepszą w pierwszej połowie sytuację. Po jedynym poważniejszym błędzie kieleckiej defensywy przed szansą stanął Bartosz Śpiączka. Uderzył z 14 metrów bez zastanowienia, Dariusz Trela lekko musnął piłkę, ale to wystarczyło, by ta zamiast trafić do bramki, odbiła się od słupka.

Po przerwie goście zagrali już dużo odważniej. Efekt? Mecz zdecydowanie się otworzył, a co za tym idzie stał się atrakcyjny dla kibiców. Spięć pod bramkami i stuprocentowych okazji dla obu ekip było bez liku. Najpierw przynajmniej trzy mieli gospodarze (strzał Pape Diawa blokuje na linii bramkowej Veljko Nikitović, Pawłowski i Kamil Sylwestrzak przegrywają pojedynki z Prusakiem), ale z minuty na minuty do głosu dochodzić zaczynał Górnik. Czujni do tej pory obrońcy Korony mylili się na potęgę, zadziwiająco niepewny był także Trela. Po festiwalu niewykorzystanych sytuacji (kolejno Piesio, Bonin, Pitry), przyjezdni dopięli swego. Diaw ręką zatrzymał strzał Tomasza Nowaka, a z jedenastu metrów nie pomylił się Śpiączka. Pomylił się za to Cabrera. Hiszpan mógł zapisać na swoim koncie szesnaste trafienie (faulowany był Vladislavs Gabovs), ale uderzył zbyt czytelnie i jego intencje wyczuł golkiper Górnika.

Korona Kielce - Górnik Łęczna 1:1 (1:0)

Bramki: Cabrera (22.) - Śpiączka (78.)

Korona: Trela - Rymaniak, Diaw Ż, Dejmek, Sylwestrzak - Pilipczuk (67. Gabovs), Grzelak (81. Przybyła), Jovanović, Fertovs, Pawłowski (72. Cebula) - Cabrera

Górnik: Prusak - Sasin Ż (85. Bielak), Bednarek Ż, Bozić, Nikitović (65. Szmatiuk) - Leandro, Bonin, Pruchnik, Piesio (67. Nowak) - Pitry, Śpiączka

Sędziował: Szymon Marciniak (Płock) Widzów: 4503

Więcej o: