Ryszard Tarasiewicz przed sezonem: Sorry, ale Baskami nigdy nie będziemy

- Nie wolno być hipokrytą. Ci sami ludzie, którzy dziś krzyczą, że nie ma chłopaków z Kielc w składzie, gdyby tacy grali i nie dawali odpowiedniej jakości, pierwsi podnosiliby krzyk, że się nie nadają - mówi w rozmowie z Kielce.sport.pl trener Korony Ryszard Tarasiewicz.
Rozmowa z Ryszardem Tarasiewiczem

Maciej Sierpień: Pełna gotowość do sezonu?

- Ryszard Tarasiewicz, trener Korony: Od początku pracy w Kielcach powtarzałem, że pierwszym elementem, który będę musiał poprawić, będzie motoryka. Uważam, że to absolutna podstawa i baza, aby móc wymagać od zawodników następnych kroków, już typowo piłkarskich. W poprzednich zespołach, które prowadziłem, naszym autem, prócz sposobu gry, było właśnie przygotowanie fizyczne. Graliśmy równo, w rytmie, mieliśmy małe wahania, mało przestojów. W Koronie będziemy dążyć do tego samego, ale na początku może być trudno.

Rzeczywiście w tym elemencie było aż tak źle?

- Kluczem jest, aby zawodnikom wytłumaczyć i uświadomić, że pewnych rzeczy nie mogą robić. Należy kanalizować energię i grać inteligentnie. Mówiąc wprost: szybko przechodzić ze strefy defensywnej do ofensywnej, natychmiast się organizować po stracie piłki oraz jak najszybciej - trzema, czterema podaniami - przemieścić się pod bramkę rywala. Takie "wahadełko" potrzebuje odpowiedniej energii.

Piłkarze łatwo przekonali się do nowego modelu pracy?

- Nie było z tym żadnych problemów. Myślę, że jeśli ktoś zasięgnie języka u chłopaków, których wcześniej prowadziłem, to będzie wiedział, co przynosiło efekty. Sprawa jest prosta - jeśli ktoś jest mniej zmęczony, to robi mniej błędów technicznych, jest lepsze podanie, strzał, przyjęcie piłki. A zatem im jest mniej błędów technicznych, tym gra jest bardziej płynna, reakcja organizmu szybsza i bardziej skoncentrowana. I wtedy nie można zwalać problemów na brak szczęścia w ofensywie i na pecha w defensywie.

Pozostawił pan 20 zawodników do gry w polu. Pojawią się urazy i kartki, pole manewru może się mocno ograniczyć.

- Nie obawiam się tego. Rzadko kiedy dysponowałem większą grupą. Musiałby nastąpić kataklizm zdrowotny i kartkowy, abym został z dwunastoma zawodnikami. Ostatnio w Zawiszy ograłem sezon 14-15 piłkarzami. W lidze, na którą najczęściej spoglądamy - w Bundeslidze - zespoły rozgrywają podobną liczbę meczów, a trenerzy mało rotują składem. Jose Mourinho w Realu czy Chelsea też nie robi całego przeglądu kadry.

Granie żelazną jedenastką może jednak sprawić, że grupa rezerwowych będzie stale niezadowolona.

- Zdaję sobie sprawę, że nie jest to komfortowa sytuacja dla zawodników z grupy 16-20, ale taka jest piłka. Wszystkich ma interesować przede wszystkim dobro drużyny. Nie jestem sabotażystą, nie będę zakładał sobie sznura na szyję i trzymał dobrych piłkarzy na ławce. Z drugiej strony zawodnicy, którzy czują, że są podstawowymi, powinni to pielęgnować i grać jak najdłużej na jak najwyższym poziomie. Powiedziałem chłopakom: jeśli ktoś ma pretensje, że nie gra, to nie powinien obrażać się na kolegę, ale kierować je tylko i wyłącznie do trenera. To są moje decyzje i ja biorę za nie pełną odpowiedzialność.

Młodzi zawodnicy: Janiec, Wrześniewski i Załęcki zbyt mocno odstawali od reszty?

- To są zdolni chłopcy i zależy mi na ich rozwoju. Chciałbym, żeby z piłki juniorskiej czy trzecioligowej awansowali na wyższy poziom i zaczęli grać co najmniej w drugiej lidze, a najlepiej w pierwszej. Muszą robić postępy, a te szybciej nastąpią, jeśli będą mogli regularnie grać na odpowiednim poziomie. Takie obycie przyniesie im i Koronie tylko profity. Ale młodzi zawodnicy i tak są w naszej kadrze. Są Kwiecień, Cebula, Marković. Ci, co będą grali, również są w stosunkowo młodym wieku: Malarczyk, Janota czy Nabil.

Jest pan w pełni zadowolony z letnich wzmocnień? Trójka nowych piłkarzy to pana autorskie pomysły.

- Liczę, że ci zawodnicy dadzą nam sporo jakości. Ouattara ma zaletę, którą bardzo cenię, jest lewonożnym stoperem, a takich zbyt wielu w polskiej lidze nie ma. Podobnie Leandro na boku. Ta dwójka da nam bezpieczeństwo z tyłu, pewność w konstruowaniu akcji ofensywnych. Nabil to z kolei duży polot w grze, ciąg na bramkę, gaz w nogach.

Brak nowego bramkarza to największy mankament przed sezonem?

- Tak, ale nie mam wielkich wyrzutów sumienia, bo nie byliśmy pasywni w tej sprawie. Rozpatrzyliśmy sporo wariantów, propozycji, pięciu zawodników było na testach. Chcemy bramkarza, który da nam pewność nie tylko na tej pozycji, ale zaszczepi ją całemu zespołowi. Z tych, których sprawdzaliśmy, nikt mnie w pełni nie przekonał. I choć jako piłkarz byłem pomocnikiem, to mam oko do bramkarzy. W Śląsku postawiłem na Wojtka Kaczmarka, później na Mariana Kelemena. To były niezłe strzały. I takiego bramkarza chciałbym w Kielcach.

Poprowadzi pan najbardziej międzynarodową Koronę w historii.

- Bardzo bym chciał, żeby było w drużynie jak najwięcej piłkarzy z Kielc i regionu, ale - sorry - Baskami raczej nigdy nie będziemy. Dla mnie naprawdę nie byłoby problemów, aby grać wychowankami, wstawić ich pięciu do składu. Tylko że i tak nikt tego nie doceni. Proces wdrażania takich zawodników nie może odbyć się w trakcie jednej przerwy w rozgrywkach. To jest długofalowa praca. Problem jest jednak inny: czy ci piłkarze będą w stanie rywalizować na poziomie ekstraklasy i dać satysfakcję ludziom, którzy przyjdą na stadion? Nie wolno być hipokrytą. Ci sami ludzie, którzy dziś krzyczą, że nie ma chłopaków z Kielc w składzie, gdyby tacy grali i nie dawali odpowiedniej jakości, pierwsi podnosiliby krzyk, że się nie nadają. Tak to funkcjonuje na całym świecie. Piłka to nie jest zabawa. Tu się liczy wynik, który pokaże tabela po ostatnim meczu.

Piłkarze obawiają się trudności w komunikacji na boisku.

- Myślę, że z podstawowymi zwrotami potrzebnymi do gry nie będzie żadnych problemów. W lewo, w prawo, wybij, zostaw, idź. Oni już to łapią. Nikt nie musi być poliglotą, żeby to opanować. Przy takiej ilości różnych narodowości najprostszym sposobem komunikacji jest język angielski. I to funkcjonuje na boisku coraz sprawniej.

Legia znów zdominuje ligę?

- Tak.

Zbyt mocno pod względem organizacyjnym warszawski klub uciekł reszcie stawki?

- Trener Łazarek zawsze nam podkreślał: trzeba walczyć! W jednym meczu na pewno jesteśmy w stanie wygrać z Legią, nie mam żadnych wątpliwości. Ale w całym sezonie, gdzie liczy się regularność, będzie to bardzo trudne. Za jakość trzeba płacić. Legia może mieć oczywiście wpadki, ale na 10 meczów będą to maksymalnie jedna, dwie. Inne zespoły takiej gwarancji nie mają.

Zbudowana niemal od podstaw Lechia może być dla Legii równorzędnym rywalem?

- Jestem bardzo ciekaw, jak będzie się ten zespół prezentował. Mam jednak wątpliwości, po co do Lechii przychodzą dziś piłkarze. Z przekonania, że chcą tam grać? Raczej nie. Każdy przyjechał, aby zapracować na swoje nazwisko. W drużynie będzie 5-6 zawodników, którzy uważają się za pierwszoplanowe postacie i każdy będzie grał, aby najpierw siebie wypromować. To niekoniecznie musi się przełożyć na dobrą postawę całego zespołu. Nie wiem, czy w Lechii pójdzie to w dobrym kierunku, ale sam pomysł zbudowania drużyny w oparciu o takich piłkarzy na pewno jest bardzo ciekawy.

Kandydatów do spadku w tym roku szczególnie nie widać.

- Teoretycznie słabszych zespołów jest mniej niż w poprzednim sezonie. Beniaminkowie Łęczna i Bełchatów zaczynają z dobrego poziomu organizacyjno-finansowego, ale także sportowego. Patrzę przez pryzmat Zawiszy sprzed roku, gdzie mogłem na jakiekolwiek wzmocnienia liczyć dopiero po kilku kolejkach. Teraz w Bydgoszczy jest już zupełnie inaczej. Dwa tygodnie temu kadra była już dopięta. I tak samo jest w Łęcznej, Bełchatowie, Podbeskidziu czy Cracovii. Każdy odpowiednio szybko zabezpieczył kręgosłup drużyny. Ten sezon dla wszystkich zespołów będzie dużo trudniejszy.

Był pan zaskoczony kierunkiem, w którym poszedł Zawisza, stworzeniem portugalsko-brazylijskiej kolonii?

- Podobny casus jak w Lechii. Jeśli się sprawdzą, to wszyscy na tym skorzystają. Piłkarze, trener, klub. Eksperyment, który może, ale wcale nie musi się udać.

Zupełnie bez emocji - tak jak wcześniej pan powtarzał - zawita pan w niedzielę do Bydgoszczy?

- Sentyment zostaje. Zawód, który wykonuję, determinuje pewne decyzje. Jako piłkarz - gdybym nie musiał wyjechać - pewnie całą karierę spędziłbym we Wrocławiu. Jestem domatorem i nie lubię zmian. Zawisza na pewno zostanie w moim sercu. Po 19 latach udało się awansować do ekstraklasy, a potem do "ósemki" i zdobyć Puchar Polski. Trafiłem na fajną grupę piłkarzy, którzy szybko zrozumieli i realizowali moją wizję. To był na pewno sympatyczny rok.

Liczy pan przed meczem na kwiaty od prezesa Osucha?

- Nawet o tym nie myślałem. Kiedy z Zawiszą przyjechaliśmy do Wrocławia i Śląsk zrobił mi niespodziankę, byłem ogromnie zaskoczony. Takie momenty są sympatyczne, ale ja czuję się wtedy skrępowany, trochę zażenowany. Nie mam parcia na szkło, nie muszę się pokazać, nie zależy mi na splendorze. Gdy byłem piłkarzem, moje miejsce było na boisku, teraz najlepiej czuję się przy ławce.