Sport.pl

Były trener Korony: Do Kielc zawsze i o każdej porze

- Nie chciałbym nikogo obrazić, ale uważam, że obecnie Korona nie gra zbyt skomplikowanej piłki. Na palcach jednej ręki można policzyć wielopodaniowe akcje - mówi w rozmowie z ?Wyborczą? były trener Korony, a dziś ekspert Orange Sport Marcin Sasal.
Rozmowa z Marcinem Sasalem

- Marcin Sasal: A co to się stało, że pan do mnie dzwoni?

Maciej Sierpień: Przeglądałem ostatnio archiwalne wydanie "Wyborczej" i zwróciłem uwagę, że to już prawie trzy lata, jak pożegnał się pan z Koroną. Pomyślałem, że może to dobry moment, aby zapytać, co słychać?

- Oglądam mecze, komentuję czasem pierwszą ligę w Orange Sport i stale się dokształcam. Byłem ostatnio na kilkudniowym stażu w holenderskim Twente Enschede. Super wizyta. Wiem, że nie powiem nic odkrywczego, ale oni naprawdę są lata świetlne przed nami. A co jeszcze u mnie? Sporo czasu poświęcam na bieganie. Zresztą niedawno spotkaliśmy się na trasie Półmaratonu Warszawskiego.

Przez te trzy lata trochę też w pana trenerskiej pracy się wydarzyło.

- Gdy rozstałem się z Koroną, trochę bez głębszego zastanowienia przyjąłem propozycję z Pogoni. I choć wyniki miałem niezłe, to od początku tam się źle czułem. W Kielcach było jak w domu, tam cały czas na wyjeździe. Nie ukrywałem zresztą tego przed władzami klubu, że nie potrafię odnaleźć się w szczecińskiej społeczności. Potem było na chwilę Podbeskidzie. A w ostatnim roku udało mi się zrealizować moje największe marzenie, czyli popracować z jakąkolwiek reprezentacją. Pewnie będą różne opinie o mojej pracy z U-19, ale ja wiem, że zrobiłem wszystko na 100 procent, maksymalnie się poświęciłem.

Dlaczego odszedł pan z kadry U-19?

- Prosty temat. Jestem z Warszawy i jestem, mówiąc kolokwialnie, człowiekiem Romana Koseckiego. Nie wszystkim to pasowało, a poza tym - przyznaję szczerze - nie broniły mnie też ostatnie wyniki. Uznano, że te w pracy z juniorską kadrą muszą być najważniejsze. Życzę, żeby mój następca miał lepsze. Bo ja swoich się nie wstydzę. Wygrałem 6:0 z Ukrainą na wyjeździe i 6:0 z Rumunią w Polsce.

Wróćmy do Korony. Pamięta pan ówczesną argumentację o dymisji?

- To było trochę inaczej. Musimy cofnąć się do początku rundy wiosennej 2011 i meczu z Zagłębiem Lubin. Godzinę przed wyjazdem z hotelu na stadion przyszedł do mnie kapitan drużyny i powiedział, że wyjeżdża na testy do Rosji. Nikola [Mijajlović - przyp. red.] miał ogromny wpływ na kolegów. To był początek końca mojej pracy w Kielcach. Potem już nic nie układało się tak jak wcześniej. Zaczęły się robić grupki, opozycje, wzajemne pretensje. Do mnie największe miało kilku zawodników, którzy mało grali, a - co ciekawe - tylko dzięki mnie do tej ekstraklasy trafili. Tamta runda była bardzo trudna. Wielu osobom przestało być po drodze z naszymi celami. Nie wszyscy chcieli dawać z siebie wszystko. A gdy coś trzeba zmienić, to najłatwiej trenera.

Trochę wcześniej była też sprawa pana zaangażowania się w kampanię Wojciecha Lubawskiego.

- Zawsze będę wdzięczny prezydentowi, że dał mi szansę pracy w Koronie, w ekstraklasie. Padła propozycja, czy mógłbym być obecny z nim na plakacie. Zawsze starałem się być z dala od polityki, wszelkich agitacji, ale w tamtym momencie czułem się po prostu w obowiązku, żeby wspomóc prezydenta. Zwykła lojalność. Ale wiem, że kilku zawodników, którzy mieli wówczas żal do pana Lubawskiego o zdymisjonowanie prezesa Dudki i zatrudnienie prezesa Chojnowskiego, nie akceptowało tego. Uroki piłkarskiej szatni (śmiech).

A propos Tomasza Chojnowskiego - jego też już nie ma w Koronie.

- W życiu nie spodziewałem się, że w takiej atmosferze może odejść z klubu. Od początku miałem go za niezwykle rozsądnego człowieka. Takiego pragmatyka aż do bólu. Pamiętam, jak po tym, gdy Wisła kupiła Wilka, będąc z zespołem na obozie w Słowenii, zadzwoniłem do niego, że mam następcę - Jovanovicia. Chłopak trzy dni siedział na walizkach, bo nie było decyzji prezesa. To były niby śmieszne pieniądze do zapłacenia, ale prezes się zastanawiał i zastanawiał... Gdy przeczytałem, z jakiego powodu Chojnowski odszedł z Korony, to przeżyłem szok.

To wróćmy do piłki. Runda zasadnicza za nami. Jak wypada ocena?

- Poziom, niestety, stale się obniża. Od kilku lat drużyny, które awansują z pierwszej ligi, nie mają większych problemów z grą w ekstraklasie. Czyli okazuje się, że nie ma szczególnej różnicy w potencjale obu klas. Kiedyś każdy beniaminek musiał stoczyć wielką walkę o utrzymanie. W ubiegłym sezonie Piast wszedł do pucharów... I wcale to nie świadczyło o jego sile, ale słabości rywali.

Reforma ma tyle samo zwolenników, co przeciwników.

- Od początku byłem jej przeciwnikiem. Reformy z dzieleniem punktów, bo oczywiście nie samej idei, żeby grać więcej meczów.

Gdyby nie było podziału, sens dodatkowych spotkań byłby znacznie mniejszy.

- OK, ale to zróbmy 20-zespołową ekstraklasę i grajmy 38 kolejek. I niech terminarz będzie elastyczny. Jest pogoda w grudniu i styczniu, to niech liga gra, a jak spadnie śnieg, to poczekamy dwa, trzy tygodnie i wrócimy. A tak stworzono twór niespotykany w normalnych ligach. Reforma promuje słabych. Po tych siedmiu dodatkowych meczach może się okazać, że mamy w Polsce przypadkowego mistrza, przypadkowych pucharowiczów i utrzyma się Widzew, który w 30 meczach zdobył 22 punkty. I co wtedy powiedzą w Legii czy w Koronie? Będą zadowoleni?

Obecność Korony w strefie spadkowej to niespodzianka?

- I tak, i nie. Z jednej strony takie same miejsce zespół zajął w poprzednim sezonie, ale z drugiej w pierwszym roku pracy trenera Ojrzyńskiego byli przecież na 5. miejscu. W moim pierwszym sezonie skończyliśmy na 6. pozycję, a w kolejnym - po jesieni - byliśmy tuż za podium. Myślę, że pokutuje tu polityka klubu. Zamiast zespół wzmocnić, ten się osłabia. Po udanej jesieni chciałem przewietrzyć skład, usunąć kilka "piątych kolumn", ale nie było pieniędzy, żeby zakontraktować w ich miejsce innych. I w efekcie stałem się zakładnikiem pewnych nazwisk.

Kiedy patrzy pan z boku, gdzie widzi pan największe mankamenty kieleckiego zespołu?

- Nie chciałbym nikogo obrazić, ale uważam, że obecnie Korona nie gra zbyt skomplikowanej piłki. Na palcach jednej ręki można policzyć, ile wielopodaniowych akcji zespół jest w stanie zrobić w meczu. Dwa, trzy podania i strata, ewentualnie długa piłka do napastników. Wiem, że za moich czasów też bywały brzydkie mecze, ale aż tak to na pewno nie. Brak umiejętności budowania akcji mocno kłuje w oczy.

Trener "Pacheta" nie sprawdza się?

- Obcokrajowcowi zawsze jest dużo trudniej. Bez znaczenia, czy Hiszpanowi w Polsce, czy Polakowi w Grecji. Trener "Pacheta" pewnie bardzo dużo wie o futbolu, ale trudno zaryzykować tezę, że udało mu się tę wiedzę przekazać i zaszczepić zespołowi.

Korona jest bardzo chimeryczna. Wahania formy miewa nawet w trakcie 90 minut.

- Jeśli zespół nie potrafi na w miarę równym poziomie zagrać całego meczu, to powody zawsze są dwa: przygotowanie motoryczne i mentalne. Najczęściej jednak bywają kłopoty z tym drugim. Bo jeśli piłkarz z jakiegoś powodu nie może znaleźć w sobie odpowiednio dużo motywacji, żeby walczyć i biegać przez 90 minut, to mniej winić należy trenera, a więcej zawodnika. Ja czy Leszek Ojrzyński mieliśmy zresztą podobne problemy.

Myśli pan, że Korona może być realnie zagrożona spadkiem?

- Obawiam się, że tak. W dodatkowej fazie można zdobyć 21 punktów. Korona teraz ma 19 "oczek". Niby przewaga nad Widzewem jest spora, ale już nad Zagłębiem niekoniecznie. Jeden przegrany mecz może sprawić, że znajdziesz się w strefie spadkowej. A potem kolejne gra się już z... brązowymi getrami.

Gdyby otrzymał pan propozycję powrotu do Kielc?

- Do Kielc i do Ząbek zawsze i o każdej porze!

Czyli jednak pozostał sentyment?

- Sentyment i bardzo miłe wspomnienia. Były oczywiście trudne momenty, ale zdecydowanie więcej tych przyjemnych. To był fajny czas dla mnie i chyba dla Korony też. Na meczu z Jagiellonią było 14 tys. kibiców. Dziś nawet połowa tego nie przychodzi. Ale po tych trzech latach wiem, że sporo rzeczy zrobiłbym inaczej. Spokojniej, bardziej na chłodno. Zmienił mi się charakter (śmiech).

Może bieganie pomaga?

- Bieganie pozostawia człowieka samego ze sobą. Niesamowicie oczyszcza umysł i kształtuje charakter. Mięśnie mogą mocno boleć, ale satysfakcja z dobiegnięcia do celu jest ogromna. W sumie tak samo jest w pracy trenera.

Więcej o:
Komentarze (3)
Były trener Korony: Do Kielc zawsze i o każdej porze
Zaloguj się
  • gross_major

    Oceniono 14 razy 8

    Pamiętaj w jakich okolicznościach Sasal odchodził z Korony - sprzedany przez PANÓW PIŁKARZY. Mówi ci coś nazwisko menago Tyszkiewicza? Tak,tak, to ten sam, co Chojnowski z nim walił numery. Sasal to dobry trener.

  • diabelek771

    Oceniono 5 razy -5

    On jest dobry tylko w gadce, TO JEST SŁABY TRENER !

  • totylkoja000

    Oceniono 20 razy -12

    TRENER NIEUDACZNIK - fanzoli frazesy aż du - pa boli

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX